Wybrane artykuły
Twarze misji
O. Józef Mazur SVD z dziećmi w Pouth Town, Liberia (fot. archiwum Józefa Mazura)
Tekst z numeru 7-8/2026
Co to znaczy być misjonarzem? Myślę, że każdy z nas misjonarzy od czasu do czasu zadaje sobie to pytanie. Misjonarze i misjonarki są zaangażowani w przeróżne formy głoszenia Ewangelii. Jednak pojawiają się momenty, gdy próbujemy zrozumieć, czy nasze życie, to, czym się zajmujemy, przybliża Boga ludziom i czy pomaga im w drodze do zbawienia? Co więcej, czy sami rośniemy w naszym człowieczeństwie?
W 2024 r. do udzielenia święceń kapłańskich w Ghanie został zaproszony werbista, abp Tokio a obecnie już kardynał Isao Tarcisio Kikuchi SVD, który 30 lat wcześniej był misjonarzem w tym kraju. W swojej homilii przytoczył następujące zdarzenie: „Kiedyś odwiedzałem jedną z parafii w diecezji Niigata. Proboszczem parafii był niemiecki werbista, starszy już misjonarz, który przebywał w Japonii od ponad 50 lat. Byłem na wizytacji duszpasterskiej i w zakrystii ten stary kapłan, bardzo szczęśliwy, powiedział do mnie: «Biskupie, ponieważ przyjechałeś, w kościele jest dziś wielu ludzi». «Oj, to świetnie!» – zawołałem. I po chwili wyszliśmy do Mszy świętej. Kiedy weszliśmy do kościoła, zobaczyłem tam tylko 10 osób, licząc też małe dzieci. Kiedy skończyłem Mszę św. i wróciłem do zakrystii, zapytałem tego kapłana: «Powiedziałeś mi, że jest wielu ludzi, a było ich tylko 10». A on odpowiedział: «Biskupie, dziś jest lepiej, bo wielu przyszło na Mszę świętą. Zazwyczaj w niedzielę mam dwóch lub trzech wiernych»”.
Nieść Dobrą Nowinę
Misje mają przeróżne twarze. Czasami misjonarz cieszy się szybko rosnącą wspólnotą wiernych, a czasami wypala się, aby z trudem dostrzegać jakąkolwiek zmianę. Niektórzy misjonarze działają jako naukowcy na uniwersytetach, a inni żyją gdzieś wśród bezkresnych bagien lub lasów, bardzo daleko od wytworów współczesnej cywilizacji. Gdziekolwiek są, nie znajdują się tam z własnej inicjatywy ani dla jakiejś ekstremalnej przygody życia, ale zostali tam posłani przez Kościół, aby nieść Dobrą Nowinę. Jakąkolwiek działalność podejmują, chcą, by we wszystkim był obecny Chrystus i aby przez ich życie i działania objawiała się Jego miłość do każdego człowieka.
Misjonarka z chorymi na Madagaskarze (fot. Mirosław Wołodko SVD)
Nierzadko, myśląc o misjonarzach i misjonarkach, wyobrażamy ich sobie jako ludzi bardzo aktywnych, odważnych i gorliwych, by dotrzeć do jak największej liczby osób z Ewangelią. Jednak jest też druga strona tego zaangażowania. W domu misyjnym w Fatimie w górach Papui-Nowej Gwinei widziałem na stoliku mocno zużyty brewiarz holenderskiego werbisty o. Petera van Adrichema SVD, zamordowanego w 2008 r. przez ludzi, którym służył przez całe swoje misyjne życie. Przez ponad 50 lat o. Peter dawał całego siebie, aby rozwijać na różne sposoby obszar swojej parafii. Patrząc na jego inicjatywy – kościoły, kaplice, szkoły, kliniki, plantację kawy – nawet trudno uwierzyć, że jeden człowiek może stać za tym wszystkim. Jednak widząc ten pozostawiony brewiarz, zrozumiemy, skąd ten człowiek czerpał energię i wytrwałość; on się modlił i to w tym czasie bliskości z Jezusem, który go powołał i posłał do doliny rzeki Waghi w Western Highlands, zyskiwał siłę do wszelkich działań.
O. Andrzej Dzida SVD w obozie dla uchodźców w Ugandzie (fot. Krzysztof Błażyca)
Dyskretny głos Boga
Misjonarz więc nie tylko działa, ale też słucha Boga i Jego słów, aby się Nim napełniać i w Nim znajdować motywację do swojego życia. To wsłuchiwanie się w dyskretny głos Boga jest bardzo ważne, aby umieć też właściwie usłyszeć drugiego człowieka. Nie jest to wcale łatwe, bo jest to słuchanie kogoś z obcego nam kontekstu. I nie chodzi tylko o rozumienie słów, ale poznanie nowego sensu życia i odgadnięcie najważniejszych potrzeb człowieka. Nieraz oznacza to spojrzenie w inny sposób na ten sam świat, a może i odstawienie na bok własnego sposobu rozumienia rzeczywistości. Bywa, że uczniowie w Catholic Theological Institute zadają mi pytanie: Czemu dawni misjonarze odrzucali nasze zwyczaje i dlaczego ich surowo zabraniali? Student przygotowujący pracę magisterską chciał pisać o tym, jak przekonać ludzi, że tradycyjne wierzenia są całkowicie złe (evil)? Poprosiłem go, aby nieco zmodyfikował to spojrzenie. Bo jeśli zgodzimy się z wczesnochrześcijańskim apologetą św. Justynem, że w każdej filozofii ukryte są ziarna Słowa i że nawet pogańskie filozofie są przygotowaniem na spotkanie z Chrystusem, wtedy nasze nastawienie do wierzeń i tradycji ludzi musi zostać skorygowane od bardzo negatywnego do bardziej umiarkowanego, a nawet otwartego.
O. Heinz Kulüke SVD na wysypisku śmieci. Cebu, Filipiny (fot. Karl Fluch)
Niesienie Chrystusa to nie tyle przynoszenie Go z zewnątrz, co powolne i cierpliwe odkrywanie Jego obecności w ludziach i w sytuacjach ich codziennego życia. Słuchający misjonarz niejednokrotnie jest zadziwiony, jak cudownie i zaskakująco Bóg potrafi być obecny w spotkanym człowieku. Czasami odkrywamy Go w dobroci i bezinteresowności niechrześcijan lub w strukturach organizacji plemion, które troszczą się o słabszych i potrzebujących. Dostrzegając to, rozumiemy, że jesteśmy w służbie Boga, który o nikim nie zapomniał. Nie jesteśmy ani pierwszym, ani ostatnim, ani najważniejszym ogniwem Bożego planu. Jednak na pewno mamy rolę do spełnienia i Bóg nie waha się, by nam ją powierzyć.
Przede wszystkim pokora
Kryje się za tym również szukanie w drugim człowieku odpowiedzi na nurtujące pytania życia. Wymaga to pokory i zobaczenia darów, które każdy człowiek otrzymał. Kiedyś zapytałem znajomą pielęgniarkę w Port Moresby, która pracuje w klinice zajmującej się zakażonymi wirusem HIV, jaki jest proces ich leczenia. Spojrzała na mnie bardzo zdziwiona i powiedziała coś, co skłoniło mnie do głębszego zastanowienia: „Myślałam, że biali wszystko wiedzą”. Te słowa, wypowiedziane całkiem spontanicznie, nie biorą się z niczego.
O. Tomasz Laskowski SVD w Tumikii, DRK (fot. Mirosław Wołodko SVD)
Niesienie Ewangelii nie może się dokonać z pozycji wyższości czy to intelektualnej, materialnej, kulturalnej, czy jakiejkolwiek innej. Chrystusa mogą nieść ci, którzy są bliscy ludziom a nawet tacy, którzy nie boją się przyznać do swoich braków. Mój współbrat o. Bao Nguyen SVD spędził 11 lat w Papui-Nowej Gwinei i napisał książkę, w której dzieli się swoimi doświadczeniami i wewnętrznymi przeżyciami. Co dość niezwykłe, to fakt, że często przyznaje się do pomyłek i ludzkich słabości w zetknięciu z wymaganiami życia na tej wyspie. Jego świadectwo jest przekonujące, bo pozwala dostrzec, że Bóg posługuje się słabymi ludźmi, aby w taki sposób dotrzeć do wszystkich z orędziem miłości. Do tego doszedł też, choć nie tak od razu, św. Paweł Apostoł. W pewnym momencie życia wyznał: Nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej (1 Kor 2,1-6).
Żyć z ludźmi
Bycie misjonarzem łączy się z uznaniem swoich braków, pozwoleniem duchowi Ewangelii na przenikanie własnego życia, wsłuchiwaniem się z szacunkiem w drugiego człowieka, by zrobić miejsce miłości Boga, który może się objawić tylko przez ludzi o sercach otwartych i odczuwających brak. Tak jak Bóg nie wahał się uniżyć, by pozwolić człowiekowi zbliżyć się do Niego, tak i misjonarz potrzebuje daru pokory, by być jak najbliżej drugiego człowieka. Misjonarz żyje z ludźmi, do których został posłany, próbuje ich rozumieć albo przynajmniej szanuje ich. Nie jest więc aż tak ważne, czym się zajmuje albo jaki rodzaj apostolatu prowadzi. Jednak ważne w tym jest, na ile on sam dał się przenikać światłu Ewangelii, bo tylko wtedy ludzie będą poznawać i kochać coraz bardziej nie jego, ale Boga.
Pamiętamy z wdzięcznością o naszych Dobrodziejach, którzy w przeróżny sposób uczestniczą w dziele misyjnym Kościoła i w osobistych historiach misjonarzy i misjonarek. Wielu z Was pozostanie dla nas anonimowymi i może nigdy osobiście się nie poznamy. Mimo to, Wasze dobro i zatroskanie, by Ewangelia dotarła do jak największej liczby ludzi, znane są Bogu. A to się liczy najbardziej!
Poświęcenie studni dla wioski Namandjol w Togo przez o. Mariana Schwarka SVD (fot. André Beguem)
Autor
Władysław Madziar SVD
Papua-Nowa Gwinea





