Wybrane artykuły

Nocna gehenna

Korytarz spalonego szpitala psychiatrycznego (fot. archiwum SVD)

Tekst z numeru 2/2026

Noc z 31 października na 1 listopada 1980 r. okazała się koszmarem dla podopiecznych szpitala psychiatrycznego w Górnej Grupie. Jaki był przebieg tragicznych zdarzeń?

 

W miejscowości Górna Grupa od lat 20. XX w. działał Dom Misyjny św. Józefa prowadzony przez księży werbistów, który pełnił funkcję domu prowincjalnego Polskiej Prowincji Zgromadzenia Słowa Bożego. W lipcu 1952 r. komunistyczne władze postanowiły skonfiskować werbistom większą część budynku i przekształcić go w szpital psychiatryczny. Pomieszczenia nie były przystosowane do przyjmowania osób wymagających specjalnej troski. Po konfiskacie nie przeprowadzono żadnego remontu. Bo trudno tak nazwać podzielenie pomieszczeń na mniejsze poprzez wstawienie ścian z płyt pilśniowych czy zamurowanie wyjść ewakuacyjnych. Przeprowadzono kontrolę przeciwpożarową, a straż pożarna wystawiła negatywną opinię. Władze placówki nie podjęły jednak żadnych działań naprawczych. 


Dom Misyjny w Górnej Grupie w czasach przedwojennych (fot. archiwum SVD)

Życie i funkcjonowanie pacjentów cierpiących na choroby psychiczne było koszmarem i przypominało pobyt w zakładzie karnym. W jednej sali mieszkało nawet 40 pacjentów. Nie mieli oni szafek na rzeczy osobiste, a niektórzy żyli w pokojach bez klamek od lat, nie widząc dziennego światła.

Podopiecznych podzielono na grupy, lżej chorzy mieszkali na parterze budynku. Osoby, które nie były w stanie samodzielnie chodzić ani wykonywać podstawowych czynności życiowych bez pomocy personelu, zajmowały drugie i trzecie piętro. Na każdym z pięter znajdowała się jedna sala, gdzie ustawiono 50 łóżek oraz trzy mniejsze pomieszczenia, gdzie mieściło się po 20 leżanek. Wszystkie łóżka stały w ciasnych rzędach. Pacjenci, aby móc położyć się w przeznaczonym dla siebie miejscu, zmuszeni byli skakać po innych łóżkach.

Złowroga godzina

Wieczorem 31 października 1980 r. chorzy właśnie układali się do snu. Salowe przywiązywały niektórych pacjentów specjalnymi pasami do łóżek. Wybiła godz. 23.00, gdy do pielęgniarek przybiegł pacjent zwany „Alim”. Mężczyzna wykrzykiwał, że jedna z sal się pali. Nikt jednak nie wziął na poważnie tego, co mówi. Dopiero po kilku minutach jedna z pielęgniarek wyczuła dym i wszczęła alarm. Personel zawiadomił straż pożarną z Bydgoszczy, Świecia i Grudziądza. Ogień i duszący dym momentalnie pochłaniał kolejne metry długiego szpitalnego korytarza. Część pokoi była zamknięta na noc, a pielęgniarki w panice szukały kluczy, słysząc pełne przerażenia krzyki chorych. W budynku zgasło światło, co utrudniało akcję ratunkową strażakom, milicji i Wojskowej Drużynie Przeciwpożarowej, które zjawiły się po kilkudziesięciu minutach.

Jednym z nielicznych żyjących świadków zdarzenia jest o. Bogdan Dubieńczuk SVD. Wówczas wikariusz i mieszkaniec domu zakonnego, oddzielonego ścianą od szpitala psychiatrycznego. Werbiści mieszkali w kilku pokojach i w suterenie, a na co dzień sprawowali duszpasterstwo w miejscowej parafii.

– Pamiętam, że usłyszałem krzyk jednego z parafian: „Ogień na dachu!”. Leżałem już w łóżku, momentalnie założyłem na piżamę spodnie i marynarkę. Pobiegłem obudzić innych ojców i zacząłem wynosić dokumentację z kancelarii parafialnej – mówi o. Dubieńczuk. Podkreśla, że początkowo akcja ratunkowa była chaotyczna. – Przybywało straży, wozy strażackie przyjeżdżały tylko do połowy pełne wody i piany. Tak jakby nie przewidywali pożaru w noc poprzedzającą Wszystkich Świętych. Szczególne zasługi w uporządkowaniu akcji ratunkowej miał dowodzący Wojskową Drużyną Przeciwpożarową z Grupy, porucznik Andrzej Dec – wspomina o. Bogdan.

Werbista zwraca uwagę, że wraz ze strażą próbował wyciągać ludzi z płomieni.

– Widziałem przed sobą ścianę ognia, a w niej palących się żywcem ludzi przytwierdzonych do łóżek pasami. Sprzączki były tak rozgrzane, że nie mogłem uwolnić pacjentów. Razem z milicjantem zaczęliśmy wyciągać jednego z chorych. Po chwili zorientowaliśmy się, że już nie żyje, miał poszarpane ciało. Na widok zmasakrowanych zwłok od razu dostałem torsji – relacjonuje.

Spalone skrzydło budynku Szpitala Psychiatrycznego (fot. archiwum SVD)

Część wyniesionych z budynku pacjentów wracała w panice do środka, ponieważ od lat mieli wpajane, że nie mogą opuszczać pokoju. Ze strachem reagowali na strażaków w kombinezonach, nie pozwalali sobie pomóc i chowali się pod łóżkami. Uspokoili się, gdy ktoś wpadł na pomysł, aby na kombinezony narzucić białe kitle. Pacjenci, których nie zabił ogień, tratowali się w panice i dusili pod drzwiami w oczekiwaniu na pomoc. Na domiar złego okazało się, że hydrant z wodą nie działał, a pobliski staw był zamulony. Ratownikom brakowało nie tylko specjalistycznego sprzętu, ale także lin do asekuracji, latarek, noszy czy hełmów. Ogień udało się opanować dopiero po kilku godzinach. O. Dubieńczuk wyjaśnia, że niektórych pacjentów odnajdywano ukrytych w pobliskich wsiach i lasach, a część uciekinierów umarła z wychłodzenia.

Przyczyną dramatu okazała się nieszczelność przewodu kominowego. To nie był pożar, który zaczął się od jednej iskry. Świadkowie zeznawali, że jedna ze ścian budynku już kilka dni przed tragedią była ciepła. Ogień „pracował” między warstwami cegieł budynku od jakiegoś czasu i powoli trawił kolejne poziomy. Gdy dotarł do drewnianego strychu, wszystko potoczyło się błyskawicznie. 

Dramatyczny bilans

Wg oficjalnych ustaleń w pożarze zginęło 55 pacjentów, a 26 zostało ciężko poparzonych. Zaraz po tragedii środowisko psychiatrów napisało do Komisji Zdrowia i Kultury Fizycznej Sejmu PRL: „Każdy, kto zna warunki, w jakich pracuje większość szpitali psychiatrycznych w Polsce, może dziwić się, że tragedia nie pochłonęła więcej ofiar”. W podobnym duchu wypowiadali się lekarze pracujący w Górnej Grupie. O zaniedbania, które miały doprowadzić do wybuchu pożaru, oskarżono dyrekcję szpitala. W 1984 r. sprawę umorzono na mocy amnestii.

Tragiczny pożar szpitala w Górnej Grupie stał się inspiracją i tematem pieśni Przemysława Gintrowskiego do słów Jacka Kaczmarskiego „A my nie chcemy uciekać stąd”. Utwór będący poetyckim zapisem dramatu był również odczytywany jako metafora totalitarnego systemu zniewolenia.

Po 1989 r. nie do końca wyremontowany budynek szpitala odzyskało zgromadzenie werbistów. Obecnie w odbudowanym budynku mieści się ponownie Dom Misyjny św. Józefa z oddziałem dla schorowanych i będących w podeszłym wieku misjonarzy. Ofiary pożaru zostały upamiętnione dopiero po latach. Werbiści ufundowali tablicę z nazwiskami ofiar spoczywających w zbiorowym grobie. Odsłonięto ją po 30 latach od tragedii, we wrześniu 2010 roku. Z kolei w 2017 r. na terenie dawnego szpitala pojawił się głaz z tablicą, w hołdzie ofiarom pożaru.

Dom Misyjny św. Józefa w Górenj Grupie. Widok współczesny (fot. archiwum SVD)

Autor:

Patryk Lubryczyński