Wybrane artykuły
Dzieciństwo w Afryce
S. Dolores Zok SSpS podczas pracyw Afryce (fot. archiwum Dolores Zok SSpS)
Tekst z numeru 6/2025
Z s. Dolores Zok SSpS, wieloletnią misjonarką w Afryce, byłą przełożoną Polskiej Prowincji Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego rozmawia Patryk Lubryczyński
Patryk Lubryczyński: Jak był świętowany Dzień Dziecka w Angoli i RPA, gdzie Siostra posługiwała?
Dolores Zok SSpS: Dzieci najczęściej nie pamiętały o Dniu Dziecka, ale tego dnia organizowaliśmy im zabawy i spotkania. Największą radość sprawiało dzieciom najedzenie się do syta. Podczas jednego z Dni Dziecka przebywały u nas sieroty, których rodzice umarli z powodu zakażenia wirusem HIV. Były zadowolone, bawiąc się balonami z rówieśnikami. W Afryce młodzi sami robią zabawki z drucików i pudełeczek po zapałkach. Gdy wstaje słońce, w wioskach słychać muzykę, a dzieci zaczynają dzień od tańca i modlitwy. W czasie mojej misji w RPA grupa wolontariuszy z Niemiec zbudowała dla dzieci boisko, na którym grały w piłkę nożną i koszykówkę.
Wspomniała Siostra o zakażonych wirusem HIV. Z czego wynika problem?
W Afryce powodem zachorowań na AIDS jest głównie poligamia. Mąż, nawet jeśli ma jedną żonę, to często zdarza się, że ma na „boku” kochanki lub korzysta z usług prostytutek. Dzieci leczone na AIDS przeżywały 10, maksymalnie 15 lat, a nieleczone umierały przed piątym rokiem życia.
Zapamiętała Siostra szczególnie któregoś z małych pacjentów?
Tak, chłopca z RPA o imieniu Simba, miał przy domu niewielki ogródek warzywny, z którego godzinami czerpał radość. Przychodził do kliniki w czarnych okularach, nawet gdy nie świeciło słońce. Kiedyś spytałam go: „Simba, dlaczego nosisz czarne okulary?”. Odpowiedział: „Wiem, że nie będę dorosły, a chciałbym poczuć, co to znaczy nim być”. Innym razem zadałam mu pytanie o największe marzenie. Powiedział, że widział w telewizji reklamę restauracji Wimpy, odpowiednika KFC, i chciałby tam pojechać. Spełniliśmy jego życzenie i udaliśmy się do restauracji niedaleko granicy z Zimbabwe. Trzymałam Simbę na rękach, bo AIDS na tyle się rozwinęło, że nie mógł samodzielnie chodzić. Do dziś pamiętam jego uśmiech, gdy jadł kurczaka i pił coca-colę. Zrobiłam mu kilka zdjęć, żeby mógł pokazać fotografię opiekującej się nim babci. Za to jedno małe wydarzenie dziękował mi do końca życia.
A co było największym wstrząsem w Angoli?
W czasie wojny domowej w Angoli widziałam dzieci szukające jedzenia na śmietnikach. Wielu małoletnich żyło na ulicy, zwłaszcza w dużych miastach jak Luanda. Rodzice albo zostali zabici, albo kazali dzieciom uciec przed wojną. Najczęściej dzieciaki pracowały na ulicy, czyszcząc buty. W Luandzie razem z werbistami utworzyliśmy ośrodek dla dzieci ulicy. Mimo że w ośrodku dzieci mogły się uczyć, najeść i wyspać, część z nich wybierała ulicę. Życie uliczne dawało im pozory wolności, na ulicy miały dostęp do szybkich pieniędzy, kradnąc samochody i sprzedając narkotyki.
Dzieci były też wcielane do armii?
Tak, to szok widzieć dzieci z karabinami większymi od nich. W czasie podróży z Luandy na północ kraju do N’zeto byliśmy zatrzymywani przez żołnierzy. To były często dzieci w mundurach, pod wpływem używek. Chcieli papierosów oraz różańców, dewocjonalia zakładali na szyję jako talizmany. Dzieci zgadzały się na służbę w wojsku z lęku przed utratą życia. Rodzice nie mieli nic do powiedzenia, bo wojskowi zastraszali rodziny. W Angoli zajmowałam się również dziećmi chorymi na trąd. Choć obecnie nie jest to śmiertelna choroba na Czarnym Lądzie, jak była w przeszłości.
Jaką rolę odgrywają więzi plemienne w wychowaniu dzieci?
Rodzinę rozumie się w Afryce w szerszy sposób, nawet kuzyni dziecka są jego braćmi i siostrami. Młodzi, którzy się wykształcili, wspierają finansowo resztę rodzeństwa. Znajomy ksiądz z Angoli był 45 dzieckiem swojego ojca. Jego tata miał dziewięć żon, co oznaczało, że był majętnym człowiekiem. Duchowny ze szczerością wyznał mi, że nie poznał rodzeństwa. Był piątym dzieckiem dziewiątej żony, znał tylko mamę, a ojca rzadko widywał.
Dzieci w Afryce nieraz idą niebezpieczną drogą do szkoły. To dla nich trudne przeżycie?
Afrykańczycy są przyzwyczajeni do pokonywania dużych odległości pieszo, pośród dzikiej przyrody. Dzieci napotykają problemy w porze deszczowej, kiedy trasy przemarszu są zalane. W czasie mojego pobytu w Afryce zakładano szkółki w małych wioskach. Jeśli dzieci czekał dojazd do większej miejscowości, to udostępnialiśmy im rowery. W niektórych miejscach były też małe busy dowożące uczniów.
W jaki sposób wyglądał dostęp do edukacji w RPA i Angoli?
W Angoli dzieci przynosiły ze sobą duże kamienie albo puszki, żeby mieć na czym usiąść w klasie. Dostęp do szkół był ograniczony, funkcjonowały placówki prowadzone przez misjonarzy. Natomiast w RPA szkoła była obowiązkowa, a państwo sprawdzało, czy dzieci do niej uczęszczają. Kolejne etapy szkolnictwa wiązały się z dużymi wydatkami, na które większości rodziców nie było stać.
Co Siostrę poruszyło w duchowości afrykańskich dzieci?
Afrykańskie dzieci mają wielką wiarę w to, że Bóg pisze scenariusz życia literami miłości. Niezależnie od tego, co się dzieje w życiu, wierzą, że Stwórca nad nimi czuwa. Dziecko nie umie jeszcze czytać i pisać, ale potrafi rozmawiać z Bogiem jak z najlepszym przyjacielem. Nie widziałam w Afryce dzieci w depresji, tak jak w Europie Zachodniej. Mój przyjaciel, ksiądz i psycholog, śp. Krzysztof Grzywocz mawiał, że nic w życiu nie może zniszczyć człowieka oprócz jednego – dobrobytu. Dzieci chore na AIDS wierzyły, że idą do lepszego świata. Paradoksalnie, to doświadczenie cierpienia nie było w stanie odebrać im autentycznej radości i nadziei, której często brakuje ludziom Zachodu. W okresie apartheidu w RPA odwiedzałam w wioskach chorych wraz z afrykańską kobietą. Dzieci, dostrzegając białą kobietę idącą do nich pieszo, aby się z nimi modlić i rozdać słodycze, mówiły, że przyszedł do nich Bóg.
Jaki sposób pomocy afrykańskim dzieciom jest najskuteczniejszy?
Jeśli chcemy pomagać wykształcić się dzieciom w Afryce, proponowałabym nawiązanie relacji z konkretnym misjonarzem. Przesyłanie mu na przykład 100 zł miesięcznie na zakup jedzenia. Dobrym pomysłem jest także adopcja dziecka na odległość, gdy zobowiązujemy się wpłacać co miesiąc pieniądze na edukację jednego dziecka.
Rozmawiał
